Rozdział 8

Obudziły mnie hałasy dochodzące z drugiego końca sali. Otworzyłam delikatnie oczy i spojrzałam w kierunku, z którego dochodziły hałasy. Okazało się, że to tylko Pani Pomfrey przewróciła wózek z eliksirami.
- Dobrze, że wstałaś. Zaraz podam Ci lekarstwa i możesz iść. - powiedziała jak gdyby nigdy nic i poszła do swojego gabinetu.
“Czyli dzisiaj już wychodzę” pomyślałam i uśmiechnęłam się sama do siebie. Pielęgniarka podała mi odpowiednie eliksiry i wyszłam ze Skrzydła Szpitalnego. Szłam dość szybko, więc już po chwili byłam na czwartym piętrze. Podałam hasło i szybko weszłam do swojego dormitorium. Była 6, co oznaczało, że do śniadania zostały mi 2 godziny. Wzięłam ze swojego pokoju potrzebne rzeczy i poszłam do łazienki wziąć długą kąpiel. Po około 40 minutach wyszłam z łazienki ubrana i umalowana.
Spakowałam książki na dzisiejszy dzień do torby i zeszłam na śniadanie. Już po kilku minutach siedziałam przy stole Gryfonów. Było jeszcze dość wcześnie, więc było niewiele ludzi. Wzięłam sobie tosta z dżemem i powoli zaczęłam jeść. Kiedy skończyłam swoje śniadanie niemalże cała Wielka Sala była zapełniona radosnymi uczniami i nauczycielami. Wstałam od stołu i skierowałam się w kierunku wyjścia. Już miałam wychodzić kiedy nagle straciłam grunt pod nogami i usłyszałam krzyk przy swoim uchu.
-Hermiona, jak dobrze że nic Ci nie jest. Tak się martwiłem.
Krzyczał Ron i trzymał mnie w swoich ramionach kilkanaście centymetrów nad ziemią.
-Tak Ron, też się cieszę. Ale puść mnie już.
Powiedziałam z uśmiechem. Przez chwilę poczułam jakby było tak jak dawniej. Kiedy byliśmy nierozłączni i mimo, że często kłóciliśmy się o najmniejsze błahostki, dobrze czuliśmy się w swoim towarzystwie.
-No tak. Przepraszam. - powiedział Rudzielec czerwieniąc się po końcówki swoich rudych włosów. - Zapomniałem się. Ale cieszę się że jesteś cała.
Uśmiechnął się zażenowany i odszedł do stołu Gryfonów. Odprowadziłam go wzrokiem. Od naszego zerwania rzadko kiedy rozmawialiśmy normalnie. Ogólnie rzadko rozmawialiśmy. Zazwyczaj tylko warczeliśmy na siebie i kłóciliśmy uprzykrzając się wszystkim ludziom dookoła.
Potrząsnęłam głową, wyrywając się z rozmyślań. Wychodząc z Wielkiej Sali większość moich znajomych zagadywało mnie, bądź pytali się o przebieg wydarzeń w lesie przy Hogsmeade. Kiedy kolejna osoba do mnie podeszła już chciałam się jakoś wymigać, jednak uprzedził mnie Blaise Zabini.
-Dajcie Jej spokój, jest przemęczona. Dajcie Jej odetchnąć. - mówił dość dobitnie przez co wszyscy zrezygnowali z podejmowania kolejnych prób zagadywania Gryfonki.
-Dziękuję - powiedziała z uśmiechem, zakładając niesforny kosmyk włosów za ucho.
-Ależ nie ma za co Granger. Ja tylko przegoniłem kilkunastu natrętnych ludzi. - powiedział i machnął niedbale ręką.
-Ale nie o to mi chodzi, znaczy, o to też, ale… - przygryzłam dolną wargę - ale chciałam Ci podziękować za wszystko. Za uratowanie i w sumie za teraz.
Blaise zatrzymał się i spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Wyglądało to naprawdę komicznie. Nie wytrzymałam i zaczęłam się histerycznie śmiać. Na początku chłopak patrzył się na mnie jak na kretynkę, ale zaraz dołączył do mnie. Wszyscy mijający nas ludzi patrzyli się na nas z szeroko otwartymi oczami. W końcu nie zawsze widzi się Ślizgona czystej krwi z Gryfonką i do tego mugolaczką. Minęło dobre kilka minut kiedy na dobre się uspokoiliśmy.
-Przepraszam, ale muszę iść na transmutacje. - powiedziałam patrząc na zegar na ścianie.
-Jasne, leć. - powiedział z uśmiechem.
Odpowiedziałam mu tym samym i ruszyłam pod salę do lekcji transmutacji. Szłam w ciszy, tylko czasem znajomi zaczepiali mnie pytając o zdrowie. Kiedy stanęłam pod salą odnalazłam wzrokiem Ginny i Harry’ego.
-Hej. - powiedziałam całując w policzek najpierw przyjaciółkę, a potem jej chłopaka.
-Hej Miona. Jak się czujesz? - Zapytał zielonooki.
-Już dobrze. Pani Pomfrey jak zwykle spisała się na medal.
Do początku lekcji czas minął nam na śmianiu się i gawędzeniu na wszystkie tematy. Kiedy zadzwonił dzwonek wszyscy weszli do sali. Usiadłam w drugiej ławce i wyjęłam potrzebne mi książki.
-Hej - powiedział jakiś męski głos. Odwróciła się aby zobaczyć właściciela głosu - mogę się dosiąść?
Zapytał niepewnie wskazując na wolne krzesło obok mnie.
-Jasne, siadaj. - powiedziałam uśmiechając się, aby rozładować trochę atmosferę.
-Dzięki. Tak właściwie to jestem Harold. - powiedział wyciągając rękę w moim kierunku.
-Hermiona. - powiedziałam i uścisnęłam chłopakowi dłoń.
Kiedy to zrobiłam uśmiechnął się szeroko, co odwzajemniłam. Dzisiaj na lekcji powtarzaliśmy tematy z poprzednich lat. Umiałam to doskonale, więc rozglądałam się po sali. Sala, jak i inne części zamku, nic się nie zmieniły po wojnie. Nadal wszędzie było pełno zwierzaków i pucharów na wodę. Rozglądając się dalej mój wzrok padł na chłopaka siedzącego obok mnie. Był zajęty notowaniem wszystkiego co mówiła Profesor McGonagall, więc mogłam mu się spokojnie przyjrzeć. Był dobrze zbudowany, smukły, już, mężczyzna, który wyglądał na dwadzieścia lat. Miał jasną cerę i idealnie wyrzeźbiony nos. Rysy jego były przyjemne, nie miały w sobie nic dzikiego. Długie brązowe, kręcone włosy spływały mu na ramiona, oczy wyraziste, duże w odcieni butelkowanej, wyrazistej zieleni, tchnęły łagodnością, a dwa rzędy zębów, białych niczym kość słoniowa, błyszczały kiedy otwierał ładnie uformowane usta.
-Jak Ci się tak spodobałem, to może dam Ci swoje zdjęcie? - zapytał i uśmiechnął się do mnie szeroko Harold.
Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że od kilku minut patrzę się na chłopaka i nic nie mówię. Zażenowana spuściłam głowę i zaczęłam bawić się swoimi palcami.
-Spokojnie, tylko żartowałem.
Powiedział kładąc swoją dłoń na mojej. Podniosłam wzrok i napotkałam zielone tęczówki nowo poznanego chłopaka, które emitowały przyjemnym ciepłem. Uśmiechnęłam się nieśmiało, na co chłopak uśmiechnął się jeszcze szerzej. Nagle zadzwonił dzwonek. Cała sala momentalnie opustoszała.
-To do zobaczenia.
Powiedział chłopak i odszedł zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.
Spakowałam się i podążyłam na następną lekcje tego dnia - zielarstwo. Lekcja była taka jak przed wojną. Uczyliśmy się jak udomowić choinki z bieguna północnego, które wbrew pozorom nie były nieżywe. Okazało się, że to jedne z bardziej niebezpiecznych roślin w całym magicznym świecie. Dla ludzi są nieszkodliwe, ale dla czarodzieja spotkanie z nieoswojoną choinką może skończyć się nawet śmiercią.
Następne lekcję było nudne, bo ma każdej z nich, tak jak na transmutacji, powtarzaliśmy materiał z poprzednich lat.
Hermiona po ostatniej lekcji w towarzystwie Harry’ego i Ginny udała się na obiad.
-Przepraszam was, ale muszę usiąść z drużyną. Omawiamy nową taktykę, bo po obiedzie mamy trening. Nie obrazicie się, jak was zostawię - powiedział uśmiechając się w naszym kierunku, a bardziej w Ginny.
-Jasne, leć, czemu pytasz? - powiedziała śmiejąc się krótko.
Kiedy Harry odszedł od dziewczyn, dziewczyny usiadły i zaczęły jeść obiad. Rozmawiały o dzisiejszych lekcjach, bo dzisiaj miały razem tylko i wyłącznie transmutacje.
-Gin, po obiedzie idę do biblioteki. Idziesz ze mną? - Spytałam. Doskonale wiedziałam, jaki stosunek do nauki młoda Weasley’ówna.
-Z chęcią.- powiedziała dalej jedząc w spokoju swój obiad.
Słysząc to prawie zakrztusiłam się pitym sokiem. Rudowłosa widząc to zaczęła się histerycznie śmiać. Jakiś czas później usiadłyśmy przy wolnym stoliku i w ciszy zaczęłyśmy odrabiać lekcje.
-Hej - powiedział Harold uśmiechając się do Hermiony. - mogę się dosiąść?
-Jasne, siadaj. - powiedziałam uśmiechając się promiennie.
Popatrzyliśmy się na siebie po czym zaczęli się śmiać. Odtworzyli sytuacje z transmutacji, o czym wiedzieli tylko oni. Uspokoiłam się, kiedy Ginny kopnęła mnie dyskretnie w kostkę.
-A no tak zapomniałam. Ginny, to jest Harold. Harold, to moja przyjaciółka Ginny.
-Ginny. - powiedziała moja przyjaciółka wyciągając rękę do chłopaka.
-Harold, miło mi. - odpowiedział muskając delikatnie dłoń dziewczyny.
Widząc minę Rudej zaśmiałam się w duchu. Na pierwszy rzut oka było widać, że Ginny była oczarowana chłopakiem. Ale nie tylko ona. Każda dziewczyna będąca w bibliotece, a dziś było ich wyjątkowo dużo, patrzyła na Harolda z zafascynowaniem. Przeglądając się po bibliotece zobaczyłam Draco, odrabiającego lekcje. Zatrzymałam swój wzrok na nim. Nie mogłam uwierzyć że widzę młodego Malfoy’a w bibliotece. Bywam tu często i nigdy Go nie widziałam. Niespodziewanie blondyn podniósł wzrok i stalowe, zimne oczy chłopaka spotkały się z moimi ciepłymi, czekoladowymi. Speszona odwróciłam wzrok. Wzięłam się za odrabianie lekcji, co wcale nie było trudne, bo przy naszym stoliku panowała cisza, przerywana jedynie pytaniami dwójki moich przyjaciół kierowanych do mnie. Nagle podniosłam wzrok na Harolda, aby zapytać go o zadanie, kiedy spostrzegłam, że jest myślami daleko stąd. Podążyłam za jego wzrokiem, który jak się później okazało, miał utkwiony w dwójce chłopaków z Gryffindoru, których pamiętam tylko z widzenia. Pierwszy z nich, był wysoki i miał blond włosy z ciemnymi odrostami. W ręku trzymał książkę( jak sądząc po obrazkach kucharską) którą wymachiwał we wszystkie strony jakby chciał wytłumaczyć coś chłopakowi obok, śmiejąc się przy tym głośno. Miał bardzo zaraźliwy śmiech i wszyscy chichotali się razem z nim. Ten drugi chłopak był dość niski z włosami brązowymi niczym świeżo zmielona kawa. Miał delikatne i przyjazne rysy twarzy. Był ubrany w koszulkę w paski i spodnie, które podtrzymywały kolorowe szelki. Na nosie miał czarne okulary, które cały czas poprawiał, na przemian z przygryzaniem delikatnie pióra, aby nie śmiać się z drugiego chłopaka. Miał przy tym zaróżowione policzki. Teraz rozumiem, czemu Harold się na nich patrzył. Blondyn się wygłupiał i większość biblioteki zwracała na nich uwagę.

Kiedy wybiła godzina dziewiętnasta, wyszliśmy z biblioteki. Szliśmy rozmawiając po cichu i rozeszliśmy się w Sali Wejściowej. Harold poszedł do pokoju wspólnego Ślizgonów, a Ja z Ginny poszłyśmy do wieży Gryffindoru.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Prolog

Rozdział 12

Rozdział 15