Rozdział 14

Pogoda z dnia na dzień była coraz bardziej ponura. Ale cóż się dziwić. Jest połowa listopada. Obudziły mnie jedne z ostatnich w tym roku promieni słonecznych. Od razu po otwarciu oczu, na mojej twarzy zagościł uśmiech na wspomnienie wczorajszego wieczoru. Był to jeden z nielicznych momentów, kiedy to ja z Draconem zachowywaliśmy się jak para dobrych przyjaciół.
Spojrzałam na zegar stojący w kącie pokoju. Wskazywał szóstą. Postanowiłam wstać mimo iż nie idę dziś na lekcje, bo razem z Draconem mieliśmy iść kupić dekoracje na tegoroczny bal bożonarodzeniowy. A miałam iść jeszcze do Profesor McGonagall. Wolę to zrobić przed lekcjami, w razie gdyby jednak nie wyraziła zgody.
Podeszłam do szafy, wzięłam wygodne, ale ciepłe ubrania i ruszyłam w kierunku łazienki. Ogarnęłam się szybko i wyszłam z pomieszczenia przy okazji uderzając w coś drzwiami. A raczej w kogoś.
-Strasznie Cię przepraszam, nie wiedziałam, że będziesz pod drzwiami.
-Spokojnie. Może nie umrę od kilku siniaków. - powiedział i zaśmiał się ze swojego żartu. - Łazienka już wolna?
-Tak tak. Proszę. - powiedziałam robiąc chłopakowi miejsce.
Stojąc pod drzwiami do mojego pokoju usłyszałam jeszcze głos blondyna.
-Poczekasz na mnie w salonie? Zejdziemy razem na śniadanie. O tak wczesnej porze nie będzie nikogo, a ja nie chcę siedzieć sam.
-Jasne. - powiedziałam z szerokim uśmiechem, który od samego rana nie schodził mi z twarzy. - Tylko się pośpiesz, bo nie mam ochoty na Ciebie czekać. - wskazałam na niego groźnie palcem, żeby wiedział, że nie żartuję, ale blondyn zaczął się jedynie śmiać, pokręcił głową i wszedł do łazienki.
Będąc już w pokoju, zostawiłam swoje rzeczy i poszłam do salony, żeby tam poczekać na Ślizgona i pomyśleć. Jak miałam poprosić o zgodę na pójście na zakupy dyrektorkę? Da nam na to fundusz? Czy mamy płacić z własnej kieszeni? Zdecydowanie wolałam tą pierwszą opcję. Zbliżały się Święta i pieniądze wolałabym wydać na prezenty dla przyjaciół niż na dekoracje szkolne.
-To jak, idziemy? - zapytał chłopak, który niespodziewanie pojawił się w pokoju.
-Tak, idziemy.
Wyszliśmy z salonu wspólnego i skierowaliśmy swoje kroki w stronę Wielkiej Sali. Było niewiele po siódmej, więc małe prawdopodobieństwo, że kogoś tam spotkamy.
-Naprawdę nie boisz się, co pomyślą sobie o tobie inni? - zapytałam Malfoya, kiedy cisza zrobiła się uciążliwa.
-Nie. Nigdy się nie przejmowałem. Wtedy robiłem to dla ojca. Wiesz, wszyscy mu donosili co jego jedyny syn robi w szkole. Czasem było to uciążliwe, ale dało się przywyknąć. A skoro teraz postanowił zmienić swoje poglądy i nie traktować ludzi po statusie krwi, nie muszę udawać.
-Twój tata już nie zwraca uwagi na krew?
-Nie do końca. Nadal pewnie kuje go to w oczy, ale nie robi nic z tym. Powtarza cały czas, że skoro osoby pochodzące z rodziny mają magiczne zdolności, to są wyjątkowi jak inni czarodzieje. I do tego chodzi na terapie. Jest naprawdę coraz lepiej.
-Cieszę się. - spojrzał na mnie z niezrozumieniem w oczach. - No bo gdyby twój ojciec nie postanowił zmienić poglądów, to bym Cię nie poznała. A jak narazie wydajesz się fajny. - dopiero po chwili zrozumiałam co powiedziałam. Zarumieniłam się i spuściłam głowę. Malfoy jedynie się zaśmiał.
-Ty też wydajesz się fajna. - powiedział po czym pyrgnął mnie lekko ramieniem ukazując szereg białych zębów.
Zdążyliśmy dojść do drzwi Sali. W środku ku naszemu siedziała jedna osoba - Harold.
-To chodź, usiądziemy przy stole Slytherinu. Nię będziesz siedzieć sama, a i nie zostawimy Harolda samego.
Złapał mnie za rękę i poprowadził do swojego stołu. Jego ręka w porównaniu z moją była lodowata. Przeszedł mnie dreszcz wywołany zimną temperaturą jego ciała.
Chłopaki przywitali się ze sobą, a kiedy kręconowłosy Ślizgon spojrzał na mnie, uśmiechnął się szeroko.
-Hermiona! Fajnie Cię widzieć! - powiedział wstając od stołu. Podszedł do mnie i przytulił mnie. Musiało to śmiesznie wyglądać, bo Ślizgon był dosyć wysoki.
-Granger jemy? Pamiętaj, że mieliśmy iść jeszcze po zgodę do McGonagall. - powiedział Draco, kiedy zielonooki nie wypuszczał mnie długo z objęć.
-Po jaką zgodę? - zapytał drugi Ślizgon, kiedy puścił mnie i siadał na swoje poprzednie miejsce.
-Sorki stary. Sprawy prefektów.
-A no rozumiem. Ściśle tajne - mówiąc to podniósł ręce w geście poddania.
Zaśmialiśmy się i wzięliśmy za jedzenie. Z czasem Wielka Sala zaczęła się zapełniać. Im więcej było ludzi, tym więcej dostrzegałam nieprzychylnych spojrzeń, szczególnie przy stole domu węża.
-Draco, zjadłeś już? - zapytałam, a chłopak zakrztusił się pitym sokiem.
-Co ty powiedziałaś? - patrzył na mnie, jakbym była co najmniej jednorożcem.
-Spytałam, czy skończyłeś już jeść. Jest już dużo ludzi i McGonagall już wyszła, więc wypadałoby iść.
-A tak tak. Jasne. Idziemy. Narazie Har.
-Siemanko Smoku.
Wstaliśmy razem i odprowadzani wzrokiem całej szkoły ruszyliśmy do wyjścia. Spojrzałam na stół Gryffindoru. Złapałam kontakt wzrokowy z Ginny. Pokazałam jej na migi, że musimy wieczorem porozmawiać. Ruda od razu zrozumiała przekaz. Nie bez powodu byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Znałyśmy się na wylot. Jeszcze w młodym wieku wyuczyłyśmy się z Gin naszego “języka migowego”. To była jedyna nauka, jaką młoda Weasley wzięła na poważnie. Mimo, że teraz nie rozmawiamy za często, to wiem, że łączy nas silna więź i nic nie jest w stanie tego zmienić.
-A wy co, już idziecie? - zatrzymał nas Blaise z Pansy.
-Tak, musimy iść jeszcze na zakupy na bal. Pamiętasz, mówiłem Ci wczoraj o nich. - powiedział blondyn do czarnoskórego przyjaciela.
-A no tak, pamiętam.
-Jakie zakupy? - zapytała Ślizgonka.
-Chodź Parkinson. Wszystko Ci wyjaśnię. - Objął dziewczynę i zaczął ją kierować w stronę Wielkiej Sali. Obróciłam się, żeby jeszcze chwilę na nich popatrzeć.
-Malfoy... - zaczęłam i zobaczyłam lekki grymas na twarzy chłopaka, postanowiłam go jednak olać. - Czy Blaise i Pansy są razem?
Chłopak zmarszczył brwi i przeniósł wzrok na dwójkę Ślizgonów. Będąc w drzwiach, Zabini puścił Ślizgonkę i przeszukał spojrzeniem stół Gryffindoru. W pewnym momencie uśmiechnął się szeroko i wyszedł. Nie mogłam dostrzec na kogo spojrzał przez ścianę, która zasłaniała mi widoczność.
-Wydaje mi się, że Diabeł jest zainteresowany kimś innym. Chodź już. Zacznijmy te zakupy jak najwcześniej. Chce mieć to już za sobą.
Przytaknęłam chłopakowi i ruszyliśmy ku schodom. Będąc pod posągiem chimery blondyn podał hasło i weszliśmy po spiralnych schodach pod drzwi do gabinetu dyrektora Hogwartu. Zapukałam i kiedy usłyszeliśmy zaproszenie, Malfoy otworzył drzwi i jak na arystokratę przystało, puścił mnie przodem. Stanęłam przed biurkiem dyrektorki która patrzyła na uzupełniane papiery.
-O co chodzi? - zapytała w dalszym ciągu przeglądając papiery.
-Chcielibyśmy Pani zgodę, na wyjście do Hogsmeade.
Była nauczycielka transmutacji spojrzała na nas z niekrytym zdziwieniem. Pewnie nie domyślała się, że tak szybko zaczniemy robić zakupy na bal.
-No dobrze. Macie moją zgodę. Powiem nauczycielom. I proszę. - wyjęła z biórka złotą sakiewkę i podała ją chłopakowi. - Są tam pieniądze na dekoracje. Jak wam zabraknie na następny wypad, to powiedzcie. I tak za wszystko płaci ministerstwo. - puściła nam oczko i znów wzięła się za dalsze uzupełnianie papierów. - A teraz zmykajcie. Mam mnóstwo pracy.
Podziękowaliśmy, pożegnaliśmy się i poszliśmy do naszego dormitorium, żeby założyć płaszcze, bo mimo słońca, na zewnątrz było dosyć zimno.
-Malfoy, mogę Cię o coś prosić? - zapytałam niepewnie kiedy ubrani w płaszcze wychodziliśmy z zamku.
-Coś się stało? - zapytał niepewnie.
-Tak. Znaczy nic strasznego. Chodzi po prostu o to, że nie mam sukienki, butów, ani nic na bal. I czy po zakupach moglibyśmy wstąpić do jakichś sklepów?
-Pewnie, że tak. Ale pod jednym warunkiem. - powiedział poważnym tonem. Zaczęłam się domyślać, że ten warunek, nie będzie należał do przyjemnych. Draco widząc mój grymas zaśmiał się. - Spokojnie. Po prostu ja wybieram sklep i nie płacisz ze swojej kieszeni.
-To są dwa warunki. To po pierwsze. Po drugie, skoro mam nie płacić ze swojej kieszeni, to jak mam zapłacić za sukienkę, buty i biżuterie?
-Jak to powiedziała nasza kochana Pani dyrektor “za wszystko płaci Ministerstwo”. - powiedział udając głos dyrektorki i pokazał sakiewkę, w której znajdowały się pieniądze.
-Nie ma mowy. Nie wezmę pieniędzy przeznaczonych na dekoracje.
-Dlaczego nie? Nikt się przecież nie dowie.
-Powiedziałam nie i koniec.
-Dobra, w takim razie ja zapłace.
-Draco nie. - chłopak uśmiechnął się lekko.
-Granger, idziesz ze mną. Już tak mam w tradycji, że jak zabieram gdzieś kobietę, to ja płacę.
-Taką masz tradycję? To ile razy już Ci się tak zdarzyło? - zapytałam zdziwiona. Myślałam, że Ślizgon był tylko na balu na czwartym roku i że nie bawi sie w poważne związki. Chyba muszę lepiej poznać Malfoya.
-No… Ty będziesz pierwsza. Ale uznajmy to za tradycję. - Zaśmiał się, a ja spojrzałam na niego z wyrzutem. -Nie denerwuj się. Chcę być miły. Przyjmij to, bo to rzadki widok.
Wywróciłam oczami na co chłopak się zaśmiał i objął mnie ramieniem. Spojrzałam na niego, a on się tylko zaśmiał i przysunął jeszcze bliżej siebie. Chciałam powiedzieć, żeby się odsunął, ale w sumie nie przeszkadzało mi to. W dodatku było cieplej. Kiedy weszliśmy do miasteczka, było tam zaledwie kilka czarownic.
-No to zacznijmy od serpentyn. - powiedziałam odsuwając się od Malfoya - Potem kupimy kokardy i zmieniające kolor balony.
Chłopak mi przytaknął i ruszyliśmy do odpowiednich sklepów. Zakupy, które wbrew pozorom wydawały się trudne, były bardzo łatwe, a szczególnie ze Ślizgonem, który znał się na dekorowaniu wnętrz. Po czterech godzinach chodzenia po sklepach mieliśmy połowę rzeczy z całej listy.
-Całkiem nieźle nam poszło. - powiedziałam, kiedy patrzyłam na ilość zgromadzonych toreb.
-Masz rację. Idealna z nas para.
Wyjął różdżkę z płaszcza i machnął nią kilka razy. Wszystkie pakunki zniknęły.
-Wszystkie są w naszym salonie. Teraz chodź, idziemy coś zjeść, a potem idziemy po twoją sukienkę i po buty.
Uśmiechnęłam się, bo byłam już dość głodna, ale nie chciałam sprawiać kłopotu. Weszliśmy do Trzech Mioteł, gdzie zamówiliśmy jedzenie i piwo kremowe. Jedliśmy w ciszy, każde pogrążone we własnych myślach.
-No nie, nie tutaj. - powiedział po chwili blondyn jakby sam do siebie. - Poczekaj chwilę. Nigdzie się stąd nie ruszaj.
Wstał i wyszedł z baru. Nie rozumiałam o co mu chodzi, dopóki nie wyjrzałam przez okno. Stał tam Lucjusz Malfoy. Ojciec Malfoya.
Draco podszedł do niego widocznie zdenerwowany. Nie można było tego powiedzieć po starszej wersji Ślizgona. Jak zawsze wyglądał wyniośle i nie okazywał żadnych emocji. Rozmawiali przez chwilę, a młody Malfoy cały czas gestykulował. W pewnym momencie spojrzał w okno i posłał mi uspokajający uśmiech. Lucjusz podążył za wzrokiem Dracona. Skinął mi głową, na co odpowiedziałam mu tym samym. Powiedział coś do Dracona na co chłopak zareagował krzykiem. W pewnym momencie przestał gestykulować i jego twarz złagodniała i wściekłość została zastąpiona przez niedowierzanie. Porozmawiali chwilę i spadkobierca Malfoyów przytulił Malfoya Seniora, na co on się spiął, choć odwzajemnił uścisk. Kiedy się puścili, Lucjusz Malfoy rozejrzał się, czy widziało to dużo ludzi chodzących po ulicy. Widząc, że Draco wraca, usiadłam przy stoliku i popijałam swoje piwo kremowe.
Po chwili do baru wszedł blondyn. Jak wcześniej wychodził zdenerwowany, teraz na jego twarzy widniał uśmiech.
-Coś się stało? - zapytałam kiedy chłopak usiadł naprzeciwko mnie. To nie codzienny widok. Malfoy zawsze ukrywał emocje, albo na twarzy widniał chytry uśmieszek. Ten był szczery i wywołany szczęściem.
-Nie, dlaczego miałoby się coś stać. - powiedział, a uśmiech na jego twarzy się powiększył, o ile to w ogóle możliwe.
-To czemu się tak uśmiechasz, boje się Ciebie.
-Nie masz czego. Chodź, idziemy po sukienkę.
-Ale tak już?
-Tak. Tak już. Nie chcę tu siedzieć do nocy.
-Jest czternasta. - powiedziałam zerkając na zegar który stał na ladzie.
-Tak, ale jesteś kobietą. Z wami zakupy są strasznie długie.
Prychnęłam cicho, na co chłopak się zaśmiał. Zapłaciliśmy za zamówienie i wyszliśmy z budynku. Draco prowadził mnie do wielu sklepów. W żadnym sklepie nie było żadnej sukienki, która by mnie zachwyciła. Były albo zbyt wzorzyste, albo zbyt kuse. Nigdzie nie mogłam znaleźć “tej” sukni.
-To jest ostatni sklep. - powiedział lekko poddenerwowany blondyn.- Jak tutaj nic nie znajdziesz, to nie wiem co Ci zrobię.
Otworzył drzwi i przepuścił mnie przodem. W oczy od razu rzuciło mi się kilka sukienek, które musiałam przymierzyć. Od razu je wzięłam i poszłam do przymierzalni.
-No to skoro widzę, że to trochę zajmie, to ja zaraz wrócę.
-A ty gdzie? - krzyknęłam zza parawanu.
-Muszę coś załatwić. Wrócę za piętnaście minut.
Postanowiłam go olać i zaczęłam przymierzać sukienki. Kiedy sprawdziłam wszystkie, przyszła pracownica ze sklepu i pomogła mi w wyborze sukni. Przynosiła nowe, wymieniała rozmiary. Wszystkie źle na mnie leżały, bądź były za duże, a rozmiar mniejszy był za mały.
W końcu kobieta przyniosła piękną suknię. Miała czarny gorset i długi, pudrowo różowy dół. Gorset i dół sukienki oddzielał od siebie gruby pas z czarnych i białych pereł, który podkreślał jednocześnie wcięcie w tali. Sukienka pasowała idealnie. Podkreślała moje atuty i krągłości tam, gdzie trzeba. Przeszkadzała mi jedynie goła szyja, ale do tego można dokupić naszyjnik.
Wyszłam z przymierzalni, żeby przejrzeć się w świetle dziennym.
Kręciłam się we wszystkie strony.
-Wyglądasz pięknie. - powiedział głos za mną.
Odkręciłam się przestraszona, ale po chwili odetchnęłam z ulgą, kiedy zobaczyłam, że to Draco siedzi na jednej z kanap.
-Podoba Ci się? - zapytałam niepewnie. Nie przywykłam do chodzenia w sukienkach. Zawsze czułam się w nich niepewnie. Chłopak podszedł do mnie i odwrócił w stronę lustra.
-Nie wiem czemu czujesz się nie pewnie. Wyglądasz pięknie. Spójrz w lustro. Widać w niej piękną, dojrzałą kobietę za którą faceci będą się uganiać.
Słysząc to zarumieniłam się i odwróciłam się w jego stronę.
-Jakbym słyszała moją mamę. - powiedziałam.
Chłopak zaśmiał się i poszedł do kobiety, która pracowała w tym sklepie. Ja poszłam do przymierzalni, żeby zdjąć z siebie to cudo. Dopiero teraz spojrzałam na cenę. Pięćset galeonów. Zdziwiłam się, że można dać tak dużo za zwykłą sukienkę. Włożyłam z powrotem swoje ubrania i wyszłam. Podeszłam do lady i położyłam na niej sukienkę.
-Chce Pani, żeby ją zapakować?
-Przykro mi, ale nie kupuje jej. Jest niestety za droga.
-Ale jak to? Za sukienkę już zapłacił ten chłopak co z Panią przyszedł.
Zrobiłam wielkie oczy i odkręciłam się. Blondyna nie było w sklepie. Stał po przeciwległej stronie ulicy i czytał “Proroka Codziennego”.
-Dobrze, proszę ją zapakować.
Ekspedientka podała mi torbę z sukienką. Podziękowałam i wyszłam ze sklepu. Ślizgon widząc, że idę w jego stronę odłożył gazetę. Zdziwił się, kiedy poczuł moja pięść na swoim ramieniu.
-A to za co? - zapytał zdziwiony.
-A za to, że zapłaciłeś za tak drogą sukienkę. Mówiłam, że nie chce, żeby ktoś za mnie płacił.
-Ale to nie ja. - powiedział na swoje usprawiedliwienie. - Tylko Ministerstwo. - powiedział mi do ucha.
Wywróciłam oczami po czym odeszłam w kierunku sklepu z butami.
-Naprawdę musisz się na mnie złościć? Przecież nie zrobiłem nic złego. -No jasne. Poza tym, że kupiłeś sukienkę za pieniądze z Ministerstwa.
-Ale gdyby nie to, nie kupiłabyś jej. A wyglądasz w niej jak księżniczka.
Przyspieszyłam kroku. Nadal nie mogłam przywyknąć, że Draco Malfoy prawi mi komplementy.
Z resztą zakupów poradziliśmy sobie stosunkowo szybko. Czarne szpilki idealnie pasowały do gorsetu i paska przy sukience.
-No to został mi już tylko naszyjnik. - powiedziałam i chciałam wchodzić do jubilera, ale zatrzymał mnie Draco.
-Musimy tam iść? Jest już po siedemnastej. Możemy tu przyjść następnym razem?
Zdziwiłam się, kiedy usłyszałam godzinę. Przez szukanie sukienki straciłam poczucie czasu.
-Masz racje. Wracajmy już.
Powiedziałam i zaczęłam iść w kierunku zamku. Na początku towarzyszyła nam cisza, ale postanowiłam zadać nurtujące mnie od dawna pytanie.
-Draco, mogę cię o coś zapytać?
Chłopak się zaśmiał.
-Coś często zadajesz mi pytania. Ale pytaj.
-Co to była za dziewczynka w moim pokoju?
-Jaka dziewczyna?
-Taka malutka blondynka. Nazywała się Lizzy.
Malfoy zwolnił trochę i spojrzał na mnie jak na wariatkę. Dopiero po chwili jakby zrozumiał.
-No tak, była u nas. Przepraszam jeśli przeszkadzała. Jej rodzice załatwiali sprawy u Profesor McGonagall w sprawie wypisania jej z Hogwartu.
-Przecież ona jest za młoda na Hogwart.
-No tak. Teraz tak. Ale chodzi o późniejszą naukę. Jej rodzina przeprowadziła się do Francji.
Spojrzałam na niego podejrzliwie.
-Skąd mam mieć pewność, że nie kłamiesz?
-Musisz mi zaufać. - powiedział patrząc mi prosto w oczy.
-Nie wiem czy potrafię.
Chłopak spiął się i ruszył dalej w drogę.
-Rozumiem, chodźmy już. Robi się ciemno.
Po chwili szliśmy między drzewami. Na niebie zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy. Malfoy szedł cicho i sztywno. Chciałam przerwać ciszę, ale nie wiedziałam jak. Szłam więc obok niego ze spuszczoną głową. Po chwili poczułam, że jestem ciągnięta w bok, a w miejscu gdzie przed chwilą stałam, leżała duża gałąź.
-Wszystko w porządku? - zapytał chłopak z troską w głosie.
Byłam zdezorientowana. Pewnie gdyby nie chłopak, który trzyma mnie teraz w swoich ramionach, wylądowałabym w Skrzydle Szpitalnym lub w Świętym Mungu.
-Tak, dzięki. - powiedziałam dalej wstrząśnięta. - Wracajmy.
Draco przytaknął, objął mnie ramieniem i ruszyliśmy w kierunku naszego dotychczasowego domu. Bałam się, że kolejna gałąź spadnie mi na głowę. Rozglądałam się niespokojnie. Ślizgon widząc to, przycisnął mnie bliżej siebie.
-Spokojnie, jestem tu. Jesteś bezpieczna.
Były to tylko słowa. Ale wierzyłam w nie. Wiedziałam, że przy Draconie jestem bezpieczna. Czułam się bezpieczna. Tak jak w śnie. Było to prawdą. Przy nikim nie czułam się jeszcze tak bezpieczna.
Po kilkunastu minutach byliśmy już w zamku. Będąc w Sali Wejściowej zauważyliśmy, że w Wielkiej Sali trwa już kolacja.
-Idziesz zjeść? - zapytał chłopak wskazując na wejście do Sali.
-Nie jestem głodna, ale pójdę do dormitorium. - chłopak przytaknął i zaczął iść w kierunku Wielkiej Sali. - Malfoy! - zawołałam za chłopakiem, na co chłopak się odwrócił. Podeszłam do niego, wspięłam się na palce i pocałowałam go w policzek. - Dziękuję.
Odkręciłam się i poszłam na piąte piętro.
-Waniliowe kurze łapki. - powiedziałam stojąc przed portretem Severusa Snape’a.
Obraz od razu ukazał ukryte przejście. W salonie stało wiele toreb. Wszystkie z dekoracjami na Bal Bożonarodzeniowy. Poszłam do swojego pokoju, wzięłam pergamin oraz pióro i napisałam krótki list.

Ginny,
Przepraszam Cię, ale nici z naszego dzisiejszego spotkania.  
Jestem totalnie padnięta.
Ale odbijemy to sobie jutro. W końcu jest sobota.
Weź ze sobą Pansy i przyjdźcie do mnie do dormitorium o 16.
Hasło znasz.
Hermiona

Wzięłam różdżkę i po kilku machnięciach pergamin zniknął.

Sukienkę włożyłam do szafy, wyjęłam piżamę i przebrałam się w nią. Postanowiłam, że umyję się jutro. Dzisiaj nie miałam na to najzwyczajniej siły. Już po chwili spałam w ciepłym i bezpiecznym łóżku.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Prolog

Rozdział 12

Rozdział 15